DOM NA SPRZEDAZ
Kulturowe świadectwo czasów
Image
 
 
Rozmowa z Leszkiem Gabrielem; nestorem tarnowskiego brydża, wielkim pasjonatem, w szczególności historii tej gry, trenerem II klasy, „chodzącą encyklopedią”, nauczycielem wielu pokoleń, niezmordowanym działaczem TZBS-u i wreszcie wspaniałym partnerem!

Leszek Gabriel jest z wykształcenia inżynierem mechanikiem, obecnie na emeryturze. Pracował w dozorze technicznym Zakładów Azotowych w T-wie. Żonaty; żona Anna, brydżystka! Niejeden wygrany turniej z żoną w parze, są wśród nich duże zawody z okazji zakończenia roku, a także pomniejsze imprezy sportowe oraz zawody na niwie amatorskiej. Córka, bardzo zdolna Kasia, niestety nie brydżystka, a szkoda! ;)

Krzysiek Ziewacz:
Pochodzi Pan z tzw. dobrej rodziny z intelektualnymi tradycjami. Ponoć już Pański ojciec grywał towarzysko w kółeczko. Jak się Pan zaszczepił na dobre?

Leszek Gabriel:
Pierwsze moje kontakty z brydżem rzeczywiście miały charakter spotkań typowo towarzyskich. Zasiadano do brydżyka przy okazji imienin czy innych rodzinnych biesiad. Po zjedzeniu fruktuałów stół pustoszał i miejsce na nim zajmowały karty i emocje z nimi związane. Miałem nawet specjalnie na zamówienie wykonany stolik brydżowy wg projektu ojca. Wyściełany zielonym suknem, podnoszonym i pułeczką na karty, notesiki i inne akcesoria. Ale tak naprawdę moja intelektualna przygodę zacząłem od szachów. Ojciec grał to i ja się wciągnąłem. Odnosił w swoim gronie sukcesy. Brał nawet udział w turniejach sportowych.
 
Image

KZ:
Wspominał mi Pan kiedyś, że grywał już na studiach. Jak się zatem zaczęła Pańska prawdziwie sportowa przygoda?

Leszek Gabriel:
I rok studiów zdominowały szachy. Kolega z pokoju był szachistą więc nieustannie zbijaliśmy „szachowe bąki”. II rok przyniósł zmianę w tej materii. Zaczęliśmy się interesować brydżem i choć początkowe potyczki były niezdarną próbą prawdziwej rywalizacji, mające swój czas głównie i celowo przed egzaminami, pełne przy tym kłótni i mądralińskich to jednak mile je wspominam. Jakoś potem szybko złapałem książkę Bogumiła Seiferta „Czwarty do brydża” i przeniosłem się niejako w inny wymiar! Seifert podał w swej publikacji zasady gry i zacząłem się orientować. Następnie przyszedł czas na „Brydżowy knock-out” tegoż samego autora, a rzecz była o Mistrzostwach Europy w Wiedniu w roku 1957. Ciekawostkę stanowi fakt, iż był to pierwszy w ogóle zagraniczny występ Polaków (jako jedyni z „demoludów”)…

KZ:
Przypomnijmy czasy, niby nastała już odwilż, lecz stalinowski reżim dawał się jeszcze we znaki! Tak na marginesie; Polacy jeśli chodzi o rozgrywkę i obronę dorównywali nawet najlepszym jednak tracili na aukcji, nie znając bowiem nowinek zachodnich, licytowali ciągle jeszcze staromodnie, przedwojennie… Wracając do Pańskiej osoby i książek brydżowych; czy była ta jedna najważniejsza lektura, która wszystko na zawsze zmieniła?

Leszek Gabriel:
Ogromny wpływ na moją edukację wywarła słynna książka Gorena „Kontrakt brydż”. Mam ją również w oryginale! To doniosłe opracowanie wykułem „na blachę”. Pozwoliło skrystalizować wiedzę. Z czasem też dowiedziałem się  o sukcesach zachodnich graczy, o hegemonii włoskiego Blue Teamu i ich systemów takich jak Trefl neapolitański czy rzymski. Później dotarły do nas wieści o ripoście amerykanów i ich Asach z Dallas; atoli za sprawą Ira Korn’a, amerykańskiego milionera, który dzięki zatrudnieniu szkoleniowców paranie się brydżem uczynił zawodem.
 
Image

KZ:
A teraz czytamy mistrzów z zapartym tchem i wypiekami na uszach. Ale skoro jeszcze jesteśmy w latach raczkowania brydża sportowego w Polsce, a Pan był przecież naocznym świadkiem przemian, proszę dopowiedzieć o tamtych trudnych pionierskich czasach. Powróćmy też jeszcze do pięknego okresu pańskich studiów. O ile mi wiadomo studiował Pan razem z naszym Adasiem Stono i innymi sławnymi brydżystami.
 
 
 

Leszek Gabriel:
Co do Adasia to miał ten nasz ancymon niesamowity potencjał, z resztą nadal go ma! Wystąpił nawet w międzypaństwowym meczu towarzyskim przeciwko Finlandii. Oprócz niego studiowałem i kolegowałem się z Włodkiem Walą i Olkiem Jezioro. Tak to już jest, że sukces w dużej mierze zależy od tego, gdzie się mieszka. „Tam, gdzie są wielcy kibice pojawiają się wielcy zawodnicy”. Byli w Tarnowie potencjalnie wielcy zawodnicy, którzy gdyby mieli szanse wrastać w brydżowym fermencie większego miasta to z pewnością zapisaliby się złotymi zgłoskami na kartach historii polskiego brydża sportowego. Niejeden zdołał się jednak zapisać! Największym sukcesem pozostaje jak do tej pory „indywidualne” srebro Bronka Małka. Posiadał on oprócz bajecznej techniki czutkę. Umiał grać na słabszych. Gdyby nie partner naszego wicemistrza Polski, niejaki Bronicki, skąd inąd niezły brydżysta, który „przestraszył się wygranej” byłby następny medal. Skończyło się jak zawsze. Na emocjach. Analogicznie biorąc nawet najznamienitszy brydżysta Tarnowa, Bojarski też mógł być jeszcze lepszy, gdyby obracał się z kartami w prężniejszym środowisku. Gdzie konkurencja tam jakoś(ć) jest!
 
 
 
Image

KZ:
Ma Pan niezły brydżo-zbiór pod swoją strzechą. Odkąd pamiętam zajmuje się Pan pośrednio sprzedażą brydżowych periodyków. Oglądam tu u Pana tzw. ręczną robótkę czyli rzeczy pisane ręcznie! Ależ to były czasy i jakimiż to pasjonatami musieli być ówcześni wydawcy!! A zatem o Pańskim hobby czyli wokół wydawnictw brydżowych w Antykwariacie Pana Leszka.
 
Image
 
 
 
 

Leszek Gabriel:
Był czas, że miałem bogatszą biblioteczkę brydżową niż PZBS! Gwoli ścisłości wynikało to z faktu, że nie zajmowano się tym w ogóle. Księgozbiór z prawdziwego zdarzenia powstał dopiero z inicjatywy Orłowa. Za jego kadencji zaczęto sukcesywnie gromadzić prace dyplomowe czy tłumaczyć literaturę zakupioną poza granicami. Pierwsze książki brydżowe wydawał na powielaczu Łukasz Sławiński, a trzeba zaznaczyć, że była to sprawa polityczna. Xero nie było łatwo dostępne, często więc kopiowano na powielaczach denaturowych. W takich warunkach powstawał PIKIER. Moje hobby do „brydżowych staroci” wzięło się jak mi się zdaje z poszanowania słowa pisanego. Szczególnie poluje na wydawnictwa przedwojenne, antykwaryczne niezależnie od ich wartości merytorycznej. Mało kto wie, że pierwszą gazetą brydżową w Polsce było czasopismo pt.: „Bridge”(1931-'33r.). Te stare wydawnictwa to już historia, w której się rozmiłowałem, ale czyż nie są one kulturowym świadectwem czasu. Od tamtej pory świat gwałtownie przyspieszył i inaczej ta gra wygląda teraz. Stało się to głównie za sprawą komunikacji, a dzięki Internetowi przeżywamy renesans brydża.

KZ:
Apropos słowa drukowanego; pamiętam wczesne lata 90-te i Pana redagującego hasła do wtedy powstającej encyklopedii (1992). Opracował Pan kilka haseł, nieprawdaż. Na marginesie Polska jako jedna z 4-ch federacji (U.S.A, Wlk. Brytania, Francja) ma od tamtej pory taki almanach…
 
 
 
Image

Leszek Gabriel:
Gościłem go nawet w swoim domu, gdy przy okazji powrotu z krynickiego sanatorium zahaczył o Tarnów i moje mieszkanie by wymienić ze mną spostrzeżenia dotyczące mojego skromnego wycinka pracy nad encyklopedią.  Rzeczywiście w owym czasie opracowywałem kilka haseł oraz cały wypis bibliografii wydawnictw brydżowych do tego vademecum. Zostałem autorem między innymi takich artykułów: „Paderewski przy brydżu” i „Accurti system”. Jako autor zapisał się jeszcze w tej encyklopedii Andrzej Pietrucha, który przygotował informacje o tarnowskiej lidze brydżowej.

KZ:
Zawsze Pan tryskał dość ludycznym humorem rzucając adekwatne powiedzonka do brydżowego motywu, a to; „ zaśmiała się królewna i zdechła”, „murzyn własne dziecko zjadł” czy „pyk go w migdał, żeby krzyk dał”. Niech Pan zasunie jakąś anegdotę…

Leszek Gabriel:
Z wielkim namaszczeniem odbywały się onegdaj pierwsze zawody Tarnowskiej Ligii Brydżowej, na marginesie: jednej z 4-ch pierwszych w Polsce. Lata pięćdziesiąte, starzy „wyjadacze kółkowi” rozgrywają mecz z nieco młodszymi adeptami sztuki brydżowej, a atmosfera tymczasem gęstnieje. Jest oficjalnie, po raz pierwszy zawody są sędziowane. Zawody prowadzi Józef Smolak. Starsi ciężko znoszą ten klimat sportowej rywalizacji. Wspomnę tu przy okazji kilka nazwisk, grają: Jasica (I sekretarz Związku), Broda (Tadeusz), Mazurek, Sawczak, Kołodziej… Spóźniłem się trochę, ale chcąc pokibicować szukam sali, gdzie toczy się walka. Nadsłuchuje, ale wszędzie jak makiem zasiał… wreszcie jakaś dziurka od klucza roztacza przede mną tajemny krąg i wchodzę cichaczem by przyjrzeć się poczynaniom obu stron… Wyczuwam tą napiętą atmosferę… Przysiadam się do Adasia Kryplewskiego reprezentującego „Młodych”. Wtem podenerwowany „Stary” nie wytrzymuje i rzuca w eter rozprężające czy sobie za przeproszeniem pierdnąć może. Adaś popisuje się intelektualnym refleksem i ripostuje: „ jeśli to nie cynk, to bardzo proszę”… Atmosferę paradoksalnie oczyszcza jej zanieczyszczenie…

KZ:

My tymczasem wspomnieniami mierzymy ów upływ czasu. Kolejne Pańskie koleiny brydżowe to praca szkoleniowa. Najpierw kurs trenerski (jeden z pierwszych w Polsce), później przekuwanie postulatów metodycznych na praktyczne efekty pracy z młodzieżą. (Link prowadzi do artukułu autorstwa Leszka Gabriela pt.: Szkolenie młodych)
 
 

Leszek Gabriel:
Początek lat 80-tych. Ówczesny szef pionu szkoleniowego, wiceprezes PZBS Andrzej Orłow wpadł na pomysł zorganizowania zawodowych studiów trenerskich. 1983 – I-wszy kurs trenerski zorganizowany przy współpracy z AWF-em z Warszawy. Pierwszymi kwalifikowanymi trenerami zostają między innymi: Krzysztof Martens, Władysław Izdebski, Antoni Zdziennicki i Stanisław Rumiński.
1985 – II Kurs Trenerski tym razem wespół z AWF Gdańsk. Obok wielu znamienitych (Adam Żmudziński, Sławomir Maliszewski, Paweł Niedzielski, Łukasz Sławiński) biorę w nim udział i ja. Kurs ma formę 3-ch 10-dniowych zjazdów (Szklarska Poręba, Cetniewo i Zakopane). Zajęcia prowadzą świeżo upieczeni trenerzy z poprzedniego szkolenia. Program realizowany jest wg następującego klucza: przed południem wykłady teoretyczne, popołudniu praktyka. I tak rozpoczynamy od systemów; dzień pierwszy Acol, drugiego dnia Majeure Cinquieme (francuski starszy z piątki), trzeciego zaś ćwiczymy systemy bezpasowe. Jest oczywiście wiele innych interesujących zagadnień, w tym przygotowanych przez fachowców z Akademii Wychowania Fizycznego jak choćby fizjologiczne podłoże procesów myślowych. Po serii zajęć uczestnicy kursu mają za zadanie sami przygotować kilka tematów. Mnie się trafia Plan treningu dla drużyny wysokiego wyczynu (I i II Liga), który spotyka się z ciepłym przyjęciem jako, że takiego opracowania wcześniej nie było z powodu braku konsensusu dyskutujących nad tym zagadnieniem trenerów!

Image

KZ:

Spodobała się też Pańska definicja cue-bidu! Izdebski do dziś się nią posługuje!!
Przytoczę… „Cue-bid to inwit – wskazanie wartości kluczowej i intencji licytującego”
My tymczasem już jesteśmy w roku 1986 i początkach regularnego szkolenia w Tarnowie!

Image

Leszek Gabriel:
Dzięki koncepcji Orłowa za wszelkie szkolenie odpowiedzialna była Federacja Sportu. Pracę z młodzieżą realizowano poza TZBS-em, niejako niezależnie od Związku Brydżowego. We trójkę, z nieżyjącymi już Józefem Bartusiem i Jurkiem Bojarskim, zawiązaliśmy Szkoleniowy Zespół Metodyczny. Po opracowaniu regulaminu! rozpoczęliśmy pracę w tarnowskich szkołach średnich, a dokładnie w dwóch technikach: w Zespole Szkół Technicznych przy Kwiatkowskiego i Elektryczno-Mechanicznym przy Szujskiego. Miałem liczną klasę. Po półrocznej kwarantannie wystąpiliśmy w Częstochowie na młodzieżowych zawodach, lecz z powodu nieobecności obowiązkowej dziewczyny w składzie zabrakło paru punktów, aby się liczyć w klasyfikacji generalnej. Trzeba powiedzieć, iż pracę szkoleniową traktowano godnie, jak zawód. Ponieważ posiadałem stosowne kwalifikacje i referencje dostawałem wynagrodzenie! Muszę się pochwalić relatywnym sukcesem, skoro moja grupa jako jedyna przetrwała do końca. Muszę też jednak przyznać, że zapał młodzieży stygł był i niewielu pozostało przy grze.
Image

KZ:
Ci co przetrwali, grają do dziś! Praca szkoleniowa Pana Leszka czyli od Jarka Jurkiewicza do Adama Krysy.

Leszek Gabriel:
Pamiętam pierwszy, szumny mecz rozegrany między szkolącymi się pod naszym okiem juniorami. Zmierzyli się w nim „Zawodowcy” (Jurkiewicz, Skotarski, Hebda, Prawda i Jasielski-syn) z „Młodzieżowcami”, którzy wystąpili w składzie Kita, Bibro, Sztorc i Bem i mecz wygrali. Wspierał nas wówczas Jurek Danek, który właśnie tam, w Technikum przy Szujskiego, uczył matematyki. Przy okazji tematu szkolenia istotne wydaje się podejście do brydża. W tym sensie nie ma w Tarnowie wielu dobrych przykładów. Starsi, z żalem stwierdzam, nie stanowią wzorca do powielania! Myślę tu oczywiście o doborze partnera i poszanowaniu jego godności. Może to truizm, ale ta sprawa wydaje mię szalenie istotna. Są gracze, którzy dysponują niewiarygodną techniką i talentem, a jednak nie potrafią znaleźć partnera! Ja najcieplej wspominam grę z Jurkiem Bojarskim i Andrzejem Gałęzą! Dziękuję Wam! Za lata wspólnych potyczek przy zielonym stoliku.

KZ:
To piękne, szlachetne, ale i rzadkie co Pan mówi. Pozostańmy jednak chwilkę dłużej przy ówczesnej młodzieży. Co do szkolenia w T-wie, byli też inni instruktorzy w osobach Zdzisława Knotta i Andrzeja Pietruchy. Jak to wyglądało w przypadku tych zapalonych i oddanych działaczy?

Leszek Gabriel:
Pierwszy miał duży talent. Prowadził zajęcia w I LO, robił to z wrodzonym sobie czuciem, luźno sobie poczynając, co się młodzieży podobało. Andrzej przejawiał z kolei ogromny entuzjazm, którego niepodobna była ugasić! Słów kilka należy też poświęcić Józkowi Bratusiowi. Pozyskał on bowiem dla brydża mocodawcę, niejakiego Langosza, przewodniczącego LZS (Ludowy Związek Sportowy) i po linii władzy jeździł po wsiach i trafiał z brydżem pod strzechy. Wykonał taką solidna robotę, że zaowocowało to pojawieniem się wielu drużyn i w rezultacie poszerzeniem Ligii o dwie kolejne A i B klasę!

KZ:
Dobrze pamiętam te czasy, bo wtedy rozpoczynałem swoją przygodę ligową w B-klasie, w grupie czerwonej czy czarnej, już niestety, nie pamiętam dokładnie. Tyle tych drużyn było! Śledziłem z zainteresowaniem poczynania niewiele ode mnie starszych; Jarka (Jurkiewicz), Roberta (Zych), Piotrka (Roik), Wacka (Sypień) i rówieśnika Ryśka (Skotarski). Wygrywali dużo lokalnych i regionalnych turniejów. Jarek z Robertem mieli także w roku 1985/6 sukces juniorski, bodajże 6-te miejsce w Polsce. W latach 90-tych grali już II-lidze i już tak, z małymi wyjątkami, pozostało. Ostatnio byli o krok od największego sukcesu, ale przegrali batalię o I Ligę przy sędziowskim stoliku! Następnym pokoleniem, które się szczęśliwie dostało pod Pańskie skrzydła byliśmy my: Renata (Wajdowicz), Paweł (Piszczek) i ja trochę spóźniony junior! bo już wtedy 25-letni oraz wielu innych… którzy może jeszcze powrócą w okolicach emerytury, by tym brydżem się cieszyć jeszcze, razem z nami, zapaleńcami… Takie teraz tendencje światowe w Polsce, coraz więcej starszych się zaczyna uczyć…

Leszek Gabriel:
Transformacja ustrojowa zabiera niestety ludzi w wieku średnim. Grają albo całkiem młodzi albo cokolwiek starszawi… Co do Was, to powiem miłe słowa, że Wy mi się udaliście. Na pierwszym spotkaniu z Wami, gdy próbowałem Was przekonać do szkoleń chciałem powiedzieć jak najwięcej… ale zrozumiałem, że lepiej będzie stopniowo dawkować rewelacje brydżowe. W zasadzie równolegle do procesu nauczania zawiązaliśmy drużynę, głównie za sprawą sponsora, TCK!

KZ:
Miło wspominam okres gry z Panem w parze. Był to też czas pierwszych moich z Panem i przede wszystkim dzięki Panu odnoszonych sukcesów! Pozostaną na zawsze w moim sercu i mojej przytomności. Niech pan powie teraz czym jest dla Pana ta gra?

Leszek Gabriel:
Co ciekawe i zaskakujące brydż jest grą karcianą, jednak! W odróżnieniu od szachów jest żywą, towarzyską grą, gdzie przypadek i psychologia ma wiele do powiedzenia. Dzięki temu, że karty są zakryte, w przeciwieństwie do gier planszowych, stwarza to miejsce na rozmaite akcje o naturze fortelu czy blefu. Brydż jest więc walką o charakterze strategiczno – losowym. Przejawem tego stanu rzeczy jest na przykład zagranie „na wpustkę”, gdzie 2-jka okazać się może przydatniejsza od asa! Dla mnie samego towarzyskość brydża jest tą decydującą cechą, która sprawiła, że porzuciłem dlań szachy i każe się nim ciągle parać!

KZ:
Kończąc chciałem Panu gorąco podziękować nie tylko za ten wywiad, ale również za pracę i przykład jaki mi Pan dał. Cieszę się, że mogę kontynuować Pańskie dzieło, które realizuje się choćby w dalszym prowadzeniu Adasia Krysy i innych, których Pan napoczął, a ja drążę…

Leszek Gabriel:
Patrząc z boku na Twoje działania, rzuca się w oczy dobra organizacja szkolenia, ale przede wszystkim atmosfera i umiejętność napędzania koniunktury. Oprócz świetnego kontaktu z młodzieżą gratuluje Ci niestrudzonego, nieustannego i konsekwentnego zmagania się z przeciwnościami. Życzę, ale i też przewiduję wiele sukcesów.

Only registered users can write comments.
Please login or register.

Powered by AkoComment!

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »